Koniec gorzkiej europejskiej przygody.

Pięć punktów, z czego tylko jeden zdobyty na własnym terenie. Zero strzelonych goli u siebie, tylko dwa na wyjazdach. Gdyby nie szczęśliwe zwycięstwo z Fiorentiną, mówilibyśmy o klęsce Lecha w tegorocznej edycji Ligi Europy. Takie są fakty, ale jak wyglądała sama gra? Może nie wyglądało to tragicznie, bo w wielu przypadkach Lech grał z przeciwnikiem jak równy z równym, ale dlaczego znów się nie udało?



Zacznijmy może od jednego stwierdzenia, które może wiele wyjaśni i będzie w sumie kluczowe dla dalszej części tego tekstu. Dla mnie puchary to zawsze święto. Dla człowieka wychowanego na meczach z Petrochemią, Stalą Stalowa Wola czy Hutnikiem, pojedynki z dowolnym zespołem z Europy były zawsze dużym wydarzeniem. Pamiętam Lecha grającego w środku stawki ekstraklasy, pamiętam spadającego z ligi, więc walka o puchary a więc jak najlepsze miejsce w lidze była dla mnie zawsze synonimem dobrobytu. Okazało się jednak w tym sezonie, że nie jest to wcale najważniejsze.

Wszystko zmieniło się jeszcze na początku sezonu, gdy przegraliśmy awans do wymarzonej Ligi Mistrzów. Skorża nie dawał ewidentnie rady w lidze, nie dało się grać na dwa fronty, więc w pewnym momencie ogłoszono w pewnym sensie odpuszczenie pucharów. Jakbym dostał w mordę. Może mi ktoś wyjaśni w takim razie po co gramy cały sezon o jak najlepszą lokatę, dającą awans do pucharów, skoro później je odpuszczamy? W tym sezonie Lech może wygra np. Puchar Polski i co? W następnym oleje znów Ligę Europy? Gdzie tu sens?

To, że klub potraktował LE jak jakieś Intertoto, to jedna sprawa, ale to co zrobili kibice, to już inna bajka. Przyszedł mecz z Belenenses Lizbona u siebie i swoisty pół-bojkot na trybunach w Poznaniu. Nigdy tego nie zrozumiem. Serio. Brak dopingu, frekwencja jak w Łęcznej i w moich oczach nieodwracalne w tym sezonie zepsucie pucharów. Po tym meczu nie pojawiłem się już na stadionie. Nie chodzi o to, że zagrali kiepsko, nie chodzi o wyniki w lidze czy nawet o postawę zarządu wobec kryzysu. Zdałem sobie jednak sprawę, że ja zupełnie nie pasuję do dzisiejszego obrazu trybun na Bułgarskiej. Jestem z innej bajki. Mecz Lecha to mecz Lecha, nie ważne co powie Uefa i na co pójdą w części pieniądze z biletów. Zawsze sobie mówiłem, że pierdolę szerze politykę a już najbardziej śmierdzące połączenie polityki ze sportem. Z moim klubem. Zdecydowano jednak inaczej i podobnie jak kiedyś nie godziłem się na "kto nie skacze ten za Pisem", tak teraz nie godzę się na mieszanie Kolejorza w walkę z problemem uchodźców. Takie śmieszne spieranie się z Uefą na transparenty i bojkoty to trochę pojedynek komara z dupą nosorożca. Wiadomo jak się skończy. Zawsze poszkodowany będzie Lech, jednak są tacy co mają to serdecznie w dupie.

Przepychanki z UEFA to także nieustanna groźna zamknięcia stadionu za jakieś transparenty, flagi, race, okrzyki itd. Tak, wiem jaka jest UEFA i jak wybiórczo traktuje kluby - jednych karze surowo, innych zachowanie kompletnie ignoruje. Nie oznacza to jednak, że można iść z nią na wojnę. Wojnę, której nie można wygrać. Nie tylko mnie takie sytuacje zniechęcają do oglądania i przychodzenia na stadion. Umówmy się, że padaka jaką odwalali piłkarze nie pomagała. Gdyby jednak ktoś pojawił się na meczu Ligi Europy właśnie na Belenenses, to gwarantuję, że więcej na Bułgarskiej się nie zjawi. Ciężko w dzisiejszych czasach o kibica. Tych najwierniejszych jest może z 10 tysięcy, reszta będzie na stadionie w zależności od przeciwnika. Są jednak i tacy, których ciężko przekonać do pójścia na mecz z wielu innych względów. Takim zawsze będzie za zimno, za daleko z parkingu i za późno. A że w sobotę, a że w tygodniu, a że o 14, a że o 20. Może właśnie ta "magia" pucharów byłaby w stanie ich ściągnąć na mecz? Znam takich, co tylko w TV widzieli pojedynki z Juventusem czy Manchesterem City. To oni właśnie pojawili się na Belenenses. To było najbardziej żenujące 90 minut w jakim uczestniczyłem w tym sezonie. Emocji więcej było już w a-klasowym pojedynku w Buku. Chyba już ich nie przekonam do przyjścia na Bułgarską i żadne akcje promocyjne "przyłapani w kinie" itd. nie pomogą, jeśli próbuje się wygrać mecz nie mając w składzie napastnika. Można wyjść do kibica frontem i zaproponować kupno biletu przez aplikację w telefonie, ale nic to nie da, jeśli w składzie będzie człowiek, który w swoim siódmym sezonie w ekstraklasie ma problemy z przyjęciem piłki.

Radosław Stroiwąs

Skomentuj





Instagram

 

PF.jpg

budzik

 

gazeta

 

 

mojfyrtel logo png

 mojeWronkiWersjaPlakatowa 2

 

 

Chcesz nas zaprosić na mecz swojej drużyny?

A może chciałbyś do nas dołączyć?

W tych i w każdych innych sprawach pasujących do tematyki strony piszcie śmiało na:

peryferiafutbolu@gmail.com