Historia brazylijskiego Kaisera

Brazylijscy piłkarze od dziesiątków lat są uważani za jednych z lepszych, jeśli nie najlepszych na świecie. W różnych zakątkach globu podziwiana jest ich gra pełna polotu, fantazji i nienagannej techniki. Mimo, że przez prasę światową w ostatnich latach przetoczyła się dyskusja o zmierzchu wielkiej generacji brazylijskich graczy, to dla wielu koszulka w kolorze kanarkowym nadal jest synonimem najwyższej jakości w tym sporcie. Dla młodych Brazylijczyków piłka nożna jest sposobem na wyjście z biedy i wyrwanie się z mieszkania w fawelach. Nie inaczej było w przypadku Carlosa Henrique. Sposób w jaki skorzystał on ze swojego pochodzenia, umiejętności a przede wszystkim znajomości i sprytu jest już jednak nowatorski. 


O wyrobienie sobie dobrej marki w futbolu łatwo jak w żadnej innej dyscyplinie sportu. Gdy ktoś kompletnie nie potrafiący grać w baseball, albo w krykieta stanie obok profesjonalistów w czasie meczu, pozna go nawet kompletny laik i to w kilka sekund. Mało tego! Niektóre dyscypliny wymagają przecież małpiej zręczności, specyficznych umiejętności, czy też niesłychanego sprytu. Piłka nożna niekoniecznie. Jak w żadnej innej dyscyplinie sportu, tutaj można przez długi czas grać "na alibi". Stać w miejscu i czekać na piłki. Marnować doskonałe sytuacje seryjnie, ale "biegać, walczyć i się starać", żeby być docenionym. Wcale nie trzeba być wielkim graczem, żeby zarabiać przyzwoite pieniądze i grać na wysokim poziomie ligowym. Co jednak, jeśli ktoś bardzo chce być piłkarzem, ale niekoniecznie umie grać w piłkę? 

Czy myśleliście kiedyś o tym, żeby być gwiazdą rocka, ale nie potraficie grać na żadnym instrumencie? 

No właśnie - bohater tego tekstu - Carlos Henrique Raposo, bardzo chciał być napastnikiem. Może inaczej - bardzo chciał żyć jak piłkarz. Warto zaznaczyć na wstępie, że jego historia nie jest walką z samym sobą, kontuzjami, przeciwnościami losu, czy też jak Ronaldihno Gaucho - z psami chcącymi porwać jego jedyną szmacianą piłkę.

Młody Carlos pochodził z biednej rodziny, więc jak przystało na typowego brazylijskiego chłopca o którym wspomniałem we wstępie - piłka nożna miała być jego przepustką do pieniędzy. Wstąpił więc do szkółki piłkarskiej Botafogo i rozpoczął tym samym szkolenie na pierwszym szczeblu w karierze piłkarza. Szybko zmienił otoczenie na Flamego a tam został dostrzeżony przez skauta z Meksyku. W meksykańskiej Puebli a potem w USA - w El Paso nie rozegrał jednak ani jednego meczu. Przejście z wieku juniora w dorosłą piłkę przerosło młodego piłkarza. Z wiekiem jego talent odrobinę przygasł, nie przygasła natomiast chęć imprezowania i prowadzenia typowego dla brazylijskiego piłkarza stylu życia - kobiety, imprezy, alkohol i przyjaciele. 

 
 
Kluczowe w dalszej "karierze" Carlosa okazały się właśnie przyjaźnie i znajomości z wielkimi tego sportu - Romario, Renato i Edmundo. Ich znajomość i "podczepianie się" pod transfery zapewniały obrotnemu Brazylijczykowi pracę. To ich protekcja w końcu zapewniła mu transfer do drugiej ligi francuskiej - do Gazelec Ajaccio, po chwilowym zaczepieniu się w Bangu Atletic Club. Ostatni przed wyjazdem epizod w Brazylii ważny jest w sumie ze względu na długo oczekiwany debiut w zespole (w meczu sparingowym). Nie udało się jednak strzelić gola, ale wyjazd do Europy był już zaklepany.

Warto wspomnieć w jaki sposób Carlos Henrique ukrywał swoje "doskonałe" przygotowanie do gry. Podpisywał kontrakt próbny, z reguły na trzy miesiące a potem podczas treningów prosił o kilka tygodni, żeby dojść do formy - biegał i ćwiczył indywidualnie. Jeśli już dochodziło do treningu z piłką - po pierwszym kontakcie padał na murawę wijąc się z bólu. Było to oczywiście w czasach, gdy wykrycie symulantów było niezwykle trudne, a im biedniejszy klub, tym trudniejsze. Carlos spełniał jednak też inną funkcję - możliwe że ważniejszą od jego faktycznej "gry" - zajmował się organizowaniem życia sławniejszego od siebie kolegi, gwiazdy drużyny. Dowoził na treningi, budził rano, robił zakupy i załatwiał sprawy. Pomagał się zaaklimatyzować w zespole i był "dobrym duchem". W zamian za to, przy transferze był brany w pakiecie i dostawał trzymiesięczny kontrakt w nowym klubie. Podczepiał się tak do wielu transferów. 

Podczas trwania kontraktu w Bangu został posadzony na ławce rezerwowych - widząc zdecydowanie trenera, żeby wreszcie go wpuścić Carlosa zlał zimny pot. Za chwilę wszyscy mieli odkryć jak beznadziejny rzeczywiście jest. Spowodował więc bójkę z jednym z kibiców. Obejrzał czerwoną kartkę i oczywiście nie zagrał w meczu. Klub zamiast go wywalić na zbity pysk przedłużył mu kontrakt! Prezesowi klubu Carlos powiedział, że stanął w jego obronie, bo jeden z kibiców go obrażał. Powiedział :"miałem kiedyś ojca, ale odszedł gdy byłem małym chłopcem. Na szczęście Bóg dał mi nowego ojca - prezesa De Adrade. Nie pozwolę nikomu obrażać mojego ojca".  Miarka się przebrała być może później, gdy podczas jednego z treningów ktoś odkrył, że "Kaiser" rozmawia przez telefon-zabawkę w sobie tylko znanym języku, który miał imitować angielski. Ta rozmowa przez telefon miała wytworzyć dookoła zawodnika atmosferę wielkiego futbolu - telefon komórkowy to była rzadkość zarezerwowana dla naprawdę bogatych i wpływowych ludzi.

Ten człowiek przez całą swoją karierę tworzył swoją legendę. Twierdził na przykład, że przydomek "Kaiser" (lub Kayzer) nadali mu jego przyjaciele, gdy zobaczyli jak bardzo podobny do utytułowanego Niemca jest jego styl gry. Od klubu do klubu po latach takich akcji ciągnęła się za nim jego fama. 
 
Gdy przyjechał do siedziby swojego następnego pracodawcy, na Korsykę zszokowany zastał kibiców na trybunach podczas sesji treningowej. Każdy chciał na własne oczy zobaczyć nowego Brazylijczyka w zespole. Oczywiście Kaiser nie mógł do tego dopuścić. Zastosował taki fortel, że każdy kibic na trybunie był zadowolony - zebrał wszystkie piłki z boiska i zaczął wykopywać je prosto w ręce rozentuzjazmowanego tłumu. Oczywiście nie zostawił żadnej piłki do gry, więc pozostał jedynie trening tradycyjny, bez piłek - to Carlosowi pasowało. 

 
 
We Francji nie rozegrał oczywiście ani jednego pełnego meczu oficjalnego, pod tym względem najlepszy w jego karierze był okres gry dla Fluminense, zaraz po powrocie do ojczyzny. 15 spotkań, w większości końcówki meczu i sparingi, ale i tu bez goli. Następnie epizod w Vasco da Gama i wyjazd do Argentyny. Kaiser do dzisiaj twierdzi, że był w szerokiej kadrze Independiente na Puchar Interkontynentalny, czemu oczywiście sam klub zaprzecza. Kolejna cegiełka do pięknej opowieści. 

Carlos Kaiser podczas swojej kariery "zapracował" na wspaniałe CV. Człowiek, który miałby problem z załapaniem się do składu Pogoni Antoniego Ptaka zwiedził różne kluby w wielu krajach, w tym ścisłą czołówkę Brazylii. Jego kariera i sposób w jaki ją prowadził mówi wiele o czasach przed internetem, gdzie wiele znaczyło słowo ludzi znanych i szanowanych. Jeden telefon od Romario otwierał wszystkie drzwi i ludzie tacy jak Carlos wykorzystywali swoje podarowane w ten sposób pięć minut. Może było drugie dno i "Cesarz" zajmował się dostarczaniem piłkarzom prochów i prostytutek? Na to nie ma dowodów, bo i byłe gwiazdy nie mają ochoty o tym opowiadać. Do dzisiaj przetrwała jedynie romantyczna wersja jego legendy. Przez dwie dekady Kaiser zasłużył na pseudonim "Forrest Gump brazylijskiego futbolu". Człowiek, który własnymi rękoma zbudował swój mit. Napastnik, który w ciągu całego swojego futbolowego życia nie strzelił gola poza gierką treningową. Jego historia wiele też mówi o Brazylii - kraju, który kocha piłkarzy i który uwielbia związane z nimi legendy, nawet jeśli nie ma w nich prawdy. 

 

Radosław Stroiwąs

Skomentuj





Instagram

 

PF.jpg

budzik

 

 

mojfyrtel logo png

 mojeWronkiWersjaPlakatowa 2

 

 

Chcesz nas zaprosić na mecz swojej drużyny?

A może chciałbyś do nas dołączyć?

W tych i w każdych innych sprawach pasujących do tematyki strony piszcie śmiało na:

peryferiafutbolu@gmail.com